Tłumaczenie hasła "nie znam angielskiego" na angielski. don't speak English. I do not know English. I don't know English. Powiedziałem ci, że nie znam angielskiego. I told you I don't speak English. Nigdy nie mówiłem, że nie znam angielskiego. I never said I don't speak English. Przecież jak wyślę dziecko do angielskojęzycznej
Często miewam sny, w których widzę ludzi, których nie znam. Czasami w snach są osobą znajomą (chodzi o to, że według danego snu znam już tą osobę), czasami się uśmiechają Po obudzeniu się potrafię dokładnie opisać jak wyglądali, choć nigdy ich nie spotkałam. Wiem, że raczej nikt nie będzie wiedział, dlaczego tak jest
Ja: Nie maluje się uważam, że nie mam po co. Ja: Chłopak, który się we mnie zakocha. Nie ma przecież kochać mnie za twarz. Ja: Nie mam problemu przy wyborze ubrania. A nie maluje się ponieważ uważam, że moja cera jest ładna. ALas: Ty nie jesteś ładna. Ty jesteś piękna. Ja: Nie mogę powiedzieć, że jesteś przystojny bo nie
Co by się tym wszystkim ludziom stało, gdyby po prostu odpowiedzieli: „nie wiem, nie znam"? Czy spadłaby im z głowy korona? Widocznie tak, bo mają odwagę kłamać w żywe oczy (obiektyw).
Nie Wiem Nie Znam Się na Allegro.pl - Zróżnicowany zbiór ofert, najlepsze ceny i promocje. Wejdź i znajdź to, czego szukasz!
Tutaj też wiem kolejny raz Nie mam szans być kim chcę ref. I nawet kiedy będę sam Nie zmienię się, to nie mój świat Przede mną droga którą znam, Którą ja wybrałem sam Noc, a nocą gdy nie śpię Wychodzę choć nie chcę spojrzeć na Chemiczny świat, pachnący szarością Z papieru miłością, gdzie ty i ja I jeszcze ktoś, nie
. Łatwy zwrot towaru Kupuj i sprawdź spokojnie w domu. W ciągu 14 dni możesz zwrócić ten towar bez podania przyczyny. Pokaż szczegóły 14 dni na zwrot Najważniejsza jest Twoja satysfakcja z zakupów. Zamówione u nas produkty możesz zwrócić w ciągu 14 dni bez podania przyczyny. Bez stresu i obawDzięki integracji naszego sklepu z tanimi zwrotami Poczty Polskiej kupujesz bez stresu i obaw, że zwrot zakupionego towaru będzie kreator zwrotówWszystkie zwroty w naszym sklepie obsługiwane sa przez prosty kreator zwrotów, który daje możliwość odesłania do nas paczki towar jest dostępny w naszych sklepach Możesz kupić ten produkt bez składania zamówienia internetowego w jednym z naszych sklepów w Twojej okolicy. Sprawdź w których punktach produkt jest dostępny od ręki. Sprawdź dostępność Magnes na lodówkę, na metalowe elementy, jak drzwi itp. tekst na magnesie: Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem.
Choroba niepłodności jest społecznie wstydliwa, choć gdy o niej rozmawiamy, jesteśmy pełni empatii i zrozumienia. Współczujemy parom, które nie mogą zajść w ciążę, choć nadal nie wiemy, co jest przyczyną tych trudności. Niewiedza rodzi domysły. Niewiedza tworzy bariery. Narine Szostak jest twórczynią kampanii społecznej #JestemN97 mającej na celu wsparcie procesu wyjścia z tabu niepłodności. Monika Pryśko: Co oznaczają dwa hasztagi, które są swoistym hasłem Twojej kampanii społecznej #JestemN97? Narine Szostak: One są bardzo wymowne, choć na pierwszy rzut oka mogą nic nie mówić. N46 i N97 to są medyczne oznaczenia choroby niepłodności żeńskiej i męskiej w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10. Skąd te cyferki? Tych cyferek jest bardzo dużo, bo każda przypadłość i każdy symptom wymaga innej klasyfikacji, natomiast ja się skupiłam na tych dwóch głównych, które niepłodność określają w sposób bardzo dobitny, które mówią jedno — chodzi o chorobę niepłodności. Jak myślisz, to jest taki temat, że nie możemy znaleźć słów, dlatego musimy posiłkować się cyferkami? Zastanawiałam się, w jaki sposób stworzyć język mówienia o niepłodności, niekoniecznie używając tego słowa. Bo to słowo jest trudne, szczególnie emocjonalnie. I często nie chce przejść przez gardło tym, którzy przez lata starają się o dziecko. Wydaje mi się, że to jest trudne, ponieważ jak już nazwiesz tę niepłodność, to ta niepłodność staje się faktem niezaprzeczalnym, a póki nie wyrazisz tego wprost, to jeszcze możesz mieć nadzieję, że to chwilowe, że to przejdzie. Stąd też te hasztagi. To jest nazwa choroby, której nie musimy wprost nazywać niepłodnością. Możemy o tym mówić, nie używając tego słowa, które wielu z nas nie przechodzi przez gardło. Kiedy niepłodność została nazwana chorobą? Mam wrażenie, nie używało się słowa choroba w kontekście niepłodności. O trudnościach w zajściu w ciążę mówiło się, jakby to zależało do losu. Dokładnie, niepłodność to był los, kara boska, karma… Tylko zastanawia mnie, dlaczego w ten sposób nie mówimy o innych chorobach? Nikt nie mówi, że choroba nowotworowa to los czy kara boska. Mówi się: masz raka płuc, doigrałeś się, trzeba było tyle nie palić. Znamy przyczynę, przy niepłodności często nie. Regularnie przecież się słyszy: „Bóg obdarzył ich dziećmi”, co czasem brzmi, jakby był z góry ustalony przydział na dzieci, co nie ma żadnego związku z ciałem, fizycznością i procesami zachodzącymi w ciele, tylko z decyzją istoty ponad nami. To jest poza ludzką decyzyjnością. Czy to los za mnie zdecydował? Spójrzmy na to inaczej. Mam 13 lat i dostaję ataku bólu spowodowanego wyrostkiem robaczkowym. Trafiam do szpitala, gdzie mam operację. Po kilku latach mam kłopoty z miesiączkami, jestem młodą kobietą i nie mam pojęcia, co się dzieje w moim organizmie. Natomiast okazuje się, że taki wyrostek robaczkowy, taka rutynowa operacja potrafi wiele zniszczyć w organizmie kobiety. Patrząc na to pod kątem losu, to nie jest to los, a sekwencja wydarzeń, których my ze sobą nie wiążemy. To trudne, bo gdy nie pragniesz niczego więcej poza dzieckiem, nie jesteś psychicznie w stanie wtedy tych kropek połączyć. Czasami tak zwyczajnie po ludzku łatwiej jest przetrwać w tej chorobie myśląc, że to los zadecydował. Wtedy można wierzyć, że los się odmieni. Los jest traktowany jako nadzieja. Los trwa, a to pozwala myśleć, że jeszcze nic nie jest przesądzone. Przerzucanie odpowiedzialności na los przynosi ulgę? To mechanizm, nabyty sposób myślenia, narzucony przez społeczeństwo. Bo my społecznie postrzegamy niepłodność jako coś, co nie zależy od nas. Przez szereg lat naszego życia przechodzimy przez wiele dolegliwości, które wskazywały na to, że mogą w przyszłości zaistnieć problemy z płodnością. Ludzie narzucają nam jednak pewien sposób myślenia, sugerując, ze niepłodność to kara, często pomijają po prostu aspekt zdrowotny. Nakłada się na nas poczucie winy, że może faktycznie zasłużyłyśmy na to, że może, zamiast robić karierę, powinniśmy wcześniej postarać się o dziecko? Jesteś osobą wierzącą? Wiara w cokolwiek, w Boga, w energię, w medycynę wspiera proces leczenia niepłodności. Jestem za tym, by wspierać się wiarą i duchowością, bo ona nas tylko uspokaja. Nie ma w tym nic złego, to dobrze, jeśli mamy sposób, który pomaga nam znaleźć balans, między tym, co czujemy, chcemy i możemy. Czy spotkałaś się z takim nastawieniem, że kobiety z chorobą niepłodności są traktowane jak zgniłe jajko, z którym nie wiadomo, jak się obchodzić? Z jednej strony para walczy o rodzicielstwo, z drugiej strony bliskie im osoby zastanawiają się, czy zaprosić na pępkowe, bo może być im przykro… Medal ma dwie strony. Osoby, które bezskutecznie starają się o dziecko, nie mówią o swojej chorobie, nie otwierają się w swojej społeczności, w swoim najbliższym otoczeniu, wiec bliscy często nie wiedza, z czym się zmagają. A skoro nie wiedzą, to nie mają pojęcia, jak się zachować, by nikogo nie urazić. Bo ciężko mówić o zazdrości i tych wszystkich trudnych emocjach, których się często wstydzimy. Jest oczywiście zazdrość, i to jest naturalne. Ty jesteś w ciąży, a ja nie. Gdy ten ciążowy brzuszek wydaje się być nie do osiągnięcia, oglądanie innych kobiet, które cieszą się swoim macierzyństwem, bywa frustrujące. Natomiast osoby w naszym otoczeniu, nie wiedząc, z czym się zmagamy, nie wiedzą, jak z nami rozmawiać, a my oczekujemy, że inni będą się domyślać, jak się czujemy i czego potrzebujemy. To jest patowa sytuacja, tak się nie da. Widzę, że jest to jeden z głównych problemów par starających się o dziecko, unikanie rozmów tylko pogłębia schemat. Dlatego wkładasz kij w mrowisko? To jest mój cel, by zachęcać kobiety i mężczyzn, by ujawnili swoją chorobę. Często jest tak, że z góry zakładamy, że rodzina nas nie zrozumie, a gdy ona się dowiaduje o problemie, o tym, co się u nas i z nami dzieje, to pojawia się czułość i wsparcie. Sytuacja zaczyna wyglądać inaczej niż zakładaliśmy. I wtedy człowiek się orientuje, że ukrywał się niepotrzebnie. To ukrywanie spowodowane jest wstydem. Poczuciem, że jestem niekompletną kobietą, mężczyzną. A wiadomo, facet musi spłodzić syna, posadzić drzewo i zbudować dom. No właśnie nie musi!! Kobieta też nie musi rodzić dzieci. To, że ktoś nie może mieć dzieci z przyczyn medycznych, nie oznacza, że inni nie mogą nie chcieć mieć dzieci, mimo że mogą mieć. Dopóki my o tym nie mówimy, to wszyscy mają pretensje i pytają, czemu my nie mamy tych dzieci. A my nikomu nie mówimy dlaczego, a można by powiedzieć: nie mogę mieć dzieci, staramy się to zmienić, jeśli możesz, to mnie po prostu wspieraj, ale pytania o to tego nie przyspieszą. Czy jakaś konkretna sytuacja spowodowała, że postanowiłaś zareagować właśnie taką kampanią? Walczyłam o moją córkę 10 lat. Moja córka pojawiła się na świecie dzięki metodzie in vitro. Natomiast przez te lata przeszłam długą drogę, od lekarzy, uzdrowicieli, po zielarzy. Przerobiłam wszystko. Kobieta w desperacji sprawdza wszystkie opcje. Dziś z perspektywy czasu się z tego śmieję, ale te wszystkie próby były mi potrzebne, by dojrzeć, by zbudować gotowość na wejście w procedurę in vitro. Wiem, ze wielu osobom, tak jak i mnie, decyzja o in vitro nie przyszła z łatwością. A czemu ta droga jest tak długa? To diagnostyka trwa bardzo długo i gdy przez lata nie wiesz, co ci dolega, probujesz się dowiedzieć i nie jest to proste. Trudno jest wejść w proces in vitro nie wiedząc, co ci dolega i co spowodowało niepłodność. Dokładnie przed tym samym dylematem stałam ja. Chciałam wiedzieć, co u mnie w ciele nie działa tak, jak należy. Co jest prawdziwą przyczyną problemów z zajściem w ciążę. Nasz lekarz bardzo naciskał na in vitro, gdyż miałam niedrożne jajowody. Okazało się też, że miałam guzka na jajniku, który został zbagatelizowany. Usłyszałam, że nie ma on wpływu na podejście do in vitro. Postanowiłam zbadać na własną rękę, czy mogę udrożnić moje jajowody, choć podobno w Polsce się tego nie zaleca. Ale ja chciałam się dowiedzieć. To Ci powiedziała intuicja, przeczucie? Uczulam inne dziewczyny, by słuchały swojej intuicji, bo ona nie zawodzi. Postanowiłam sprawdzić to w Armenii, kraju mojego pochodzenia. Gdy leżałam już na stole operacyjnym, w celu udrożnienia jajowodów, okazało się, że moja operacja nie będzie trwała 30 minut, ale prawie 4 godziny. Okazało się, że są tam ogromne zrosty, stany zapalne, asymetria jajników. Guz, który w Polsce został zbagatelizowany, był wielkości małego jajka. Dziś uważam, że powodzenie procedury in vitro zawdzięczam temu lekarzowi, który zrobił mi operację, który moje narządy doprowadził do jako takiej równowagi. Dzięki temu dziś jestem mamą córki. Czy jest różnica między niepłodnością kobiecą a męską, w kontekście wstydu i akceptacji społecznej? Niepłodność w sferze psychicznej nie dostrzega płci, ona tak samo dotyka kobiety jak i mężczyzn, natomiast mam wrażenie, że w ogóle ta niepłodność męska jest jeszcze bardziej spychana na bok. Wiele wspierających komunikatów jest skierowanych tylko do kobiet. Nie słyszymy o tym, jak leczyć azoospermię, ale wiemy już więcej na temat endometriozy. Jednak kobiety są bardziej skore do dzielenia się trudnymi chwilami. Mężczyźni też się bardzo dobrze kamuflują. Natomiast gdy wejdziesz do kliniki niepłodności, to w kolejce czeka tyle samo kobiet, co mężczyzn. Statystyki mówią bardzo jasno, że 20-30% niemożności zajścia w ciążę wynika z czynnika męskiego. A do 2050 roku ten odsetek wzrośnie nawet do 50%. Dlaczego tak jest? Bo niepłodność to choroba cywilizacyjna, tak jest określana przez WHO. Na niepłodność wpływa cala masa czynników, i świadomość tego jest kluczowa, by temu przeciwdziałać. Ale by tak się stało, potrzebna jest edukacja, bo wciąż w społeczeństwie jest przekonanie, ze to kobiecie tyka zegar biologiczny, a facet może mieć dzieci zawsze. A tak nie jest. Chciałabyś to zmienić? Marzę o tym, by osoby niezależnie od płci, borykające się z niepłodnością, nie bały się mówić o swojej chorobie, bo wiem, że mówienie o niej otwarcie wspiera proces leczenia, wspiera nas psychicznie, bo nie czujemy presji, by ukrywać swoją historię. Przeczytałam w książce „Terapia przez pisanie”, że samo ukrywanie tajemnicy jest cięższe emocjonalnie niż posiadanie tejże tajemnicy. To wszystko dewastuje naszą psychikę, a przecież my musimy funkcjonować i mieć energię w sferze zawodowej, osobistej, towarzyskiej. Ile kobiet ukrywa w pracy, że właśnie przechodzi procedurę in vitro? I jak bardzo byłoby im lżej, gdyby to było jasne i nie musiałyby kombinować, kiedy zrobić sobie zastrzyk w brzuch, żeby nikt nie zobaczy. To jest ogromny stres! To wielka ulga móc śmiało powiedzieć: czasami mogę być mniej dyspozycyjna, chciałabym, byś o tym wiedział / wiedziała, potrzebuję wsparcia. Ludzie mają serce i to po właściwej stronie. Warto zrobić ten krok, bo to jest tylko dla naszego dobra. Warto jest zacząć zmianę od rozmowy, zamiast zmieniać nieprzygotowanych ludzi. Przygotowujesz ludi do zmiany? Nie da się tego zrobi inaczej. Zachęcam do opowiadania swoich historii, one będą nam służyć i będą wspierać proces zwiększenia świadomości u osób, które nie są zainteresowane osobiście, ale może znają kogoś, kto walczy o bycie rodzicem. ___ Autorka zdjęć: Patrycja Toczyńska
Ostatnio od tej nauki czuje sie jakbym miala spieczony mozg juz :D Pierwsze z ostatnich trzech wypracowan skonczone. Zaczynam drugie z biznesu, termin na to jest na 7 Czerwca, 13 Czerwca wypracowanie/egzamin z ksiegowosci. Mam nadzieje ze w ten weekend skoncze drugie. To bede miala sporo czasu na spokojnie sie uczyc na to z kiegowosci. Dziwny bedzie ten egzamin, o polnocy z 12 na 13 dostajemy dostep do pytan i mamy 24 godziny. Nie wiem jak mi to wyjdzie ale mam w planach w Niedziele,12, przespac sie dobrze w dzien i po polnocy usiasc, nawet jak do rana skoncze to moge caly dzien odespac a bede miala z glowy. Zawsze sie boje ze system sie zawiesi bo za duzo osob na raz bedzie chciala dodac swoje prace a tak to w razie w bede miala sporo czasu. Z pracy wzielam wolne, maz wspominal zebysmy moze na biad poszli jak juz dodam prace. To bedzie koniec pierwszego roku studiow juz :D 19 Lipca beda wyniki a 29 jedziemy do Irlandii na urlop :D Juz sie nie moge doczekac u rodzicow bylam ostatni raz w Pazdzierniku 2019 na pol dnia jak wracalismy z Polski z pogrzebu dziadka, a tak normalnie to Lipiec 2019. Od tamtej pory przeszlam cala ciaze, i mala ma juz poltora roku. Czas tak popierdziela ze czasami zapominam jak sie nazywam. :O
Na temat pierwszej pracy w Norwegii, tego czy łatwo znaleźć tu pracę, ale także na temat czasu pracy, relacji pracowników i obowiązków pisałam w poprzednim poście, do którego przeczytania serdecznie Cię zapraszam. Dziś kolejny z serii wpisów o Norwegii dotyczący moich doświadczeń z pracy. Dziś przeczytacie o nieco innych aspektach, pracy bez pospiechu, mniejszym stresie specjalistach, ale także o tym mniej przyjemnym jakim bywa dyskryminacja, z którą można się spotkać w wielu miejscach za granicą. Bez pośpiechuPraca w Norwegii jak wspominałam w poprzednim poście nauczyła mnie cierpliwości do zbyt flegmatycznie wykonywanych zadań czy długiego oczekiwania na odpowiedź, lub nawet nielogicznego według mnie toku myślenia. Norwegowie, jak wynika z moim obserwacji, pracują bez pośpiechu, a przerwy w pracy traktowane są naprawdę poważnie. Z jednej strony doskonale to rozumiem. Ludzie szanują swój czas i pracują bez stresu, bo to tylko praca. Zarówno w mojej poprzedniej pracy jak i obecnej spotkałam się z tym, że pracownik najzwyczajniej na świecie ma prawo powiedzieć "zrobię to jutro, bo dziś już nie zdążę" czy "teraz nie mogę tego zrobić, bo wykonuję inne zadanie" i nikt nie będzie miał o to pretensji. Zwykle przytaknie lub poprosi Cię grzecznie o nadanie priorytetu danej sprawie, ale bez wprowadzania niepotrzebnie nerwowej atmosfery. To daje pewien komfort psychiczny. Niestety to ma też swoje słabe strony i moim zdaniem czasami wcale nie pomaga we współpracy z innymi. Zdarza się, że potrzebujecie odpowiedzi na maila "na wczoraj" lub czyjeś niewykonane zadanie nie pozwala Wam ruszyć z pracą dalej, a jedyne co pozostaje to uzbroić się w cierpliwość. Oczywiście jak w każdej pracy bywają sytuacje stresujące, wymagające pośpiechu. Wszystko to zależy od specyfikacji i charakteru pracy, stanowiska i wielu innych czynników, na które czasem nie mamy wpływu. Jednak jak wspomniałam, moje spostrzeżenia opierają się na moich własnych bez pośpiechu chyba najczęściej widoczna jest w urzędach, chyba podobnie jak w Polsce, kiedy na odpowiedź czekamy i czekamy, a i ona często bywa niekompletna lub niedająca konkretnych informacji. To naprawdę potrafi wkurzać. Nie wiem, nie znam sięSpecjaliści są tu specjalistami, zwykle w wąskiej dziedzinie. Z jednej strony ma to pozytywne aspekty, bo specjaliści mają tu pracę, są cenieni i nikt inny nie wykonuje pracy, która przeznaczona jest dla nich. Ale z drugiej strony, w odniesieniu do prac biurowych, to czasem podchodzi pod kiepski żart. Na początku byłam zaskoczona kiedy poprosiłam koleżankę o zmianę ceny produktu w systemie, z którego korzystamy na co dzień i usłyszałam odpowiedź: "nie zrobię tego, bo nie wiem jak", nawet bez podjęcia próby wykonania prostej (jak mi się wydaje) czynności. Jestem osobą, która najpierw sprawdza jak jest, a potem mówi, że czegoś nie wie, ale tu jest mam wrażenie odwrotnie. Dziś stało się to dla mnie normalne, że "nie wiem" oznacza "nie wiem i nie zrobię", a czasami też "nie chce mi się". Takich sytuacji mogłabym przytoczyć jeszcze kilka, jednak najbardziej jednak rozbroiła mnie sytuacja kiedy usłyszałam jak ktoś dyskutował mówiąc "nie zrobię cennika i listy w Excelu, bo korzystam z Mac'a i nie umiem na Windowsie". Sama korzystam z MacBooka, a w pracy z systemu Windows i zawsze myślałam, że tabelka to tabelka, ale może się mylę. Zimny jak lód?Przyznaję, że z "obojętnie nastawionymi" do ludzi Norwegami spotkałam się w większości pracując jako stylistka paznokci. Klientki rzadko były chętne na zwykłą rozmowę, i nie mówię tu o przypadkach kogoś kto był zmęczony, przyszedł się odprężyć czy po prostu nie miał ochoty na pogaduchy. Ale o większości klientek, która nawet nie zadawała pytań z czystej ciekawości, a jedynie przyszła na usługę i cały czas wodziła wzrokiem za moimi dłońmi, mówiąc jedynie dzień dobry i do widzenia. Klientki niechętnie rozmawiały na zwykłe tematy (choć nie wszystkie), ale już na pewno nie o sobie czy swoich zajęciach. Podobne wrażenie odnoszę co do relacji między pracownikami. Mam wrażenie, że rzadko spotyka się tu głębsze relacje jak przyjaźń, w stosunku do osób z pracy. W Polsce oprócz spotkań firmowych, wychodziło się z dziewczynami po pracy, gadało na różne tematy, a tu czegoś takiego nie ma. Czasami najzwyklejsze tematy, te na stopie koleżeńskiej, są po prostu nieporuszane. Tak dla zobrazowania co mam na myśli, ja do dziś nie wiem czy kobieta, z którą siedzę w jednym pokoju przez 8 godzin dziennie ma na przykład w ogóle męża, haha serio. Z jednej strony taki styl życia i bycia może komuś odpowiadać, bo nie trzeba się ze wszystkimi przyjaźnić aby pozostawać w dobrych koleżeńskich relacjach. Jednak z drugiej strony komuś przyzwyczajonemu do nawiązywania bliższych relacji ze współpracownikami, mówię tu o przyjaźni na przykład, może wydawać się to dziwne. Dyskryminacja i ludzie gorszego sortu?Niestety są też negatywne strony pracy za granicą i nie dotyczy to jedynie Norwegii jak sądzę. Mowa tu o dyskryminacji ze względu na pochodzenie czy znajomość języka, która niejednokrotnie się pojawia. Dyskryminacja pojawia się niestety w różnych formach - albo słownej, albo w postaci zaniżonych zarobków, a czasami po prostu odczuwa się ją w danej sytuacji czy rozmowie, po zachowaniu drugiej osoby. Zdarzyło mi się, pracując w salonie paznokci, że klientka, która przyszła na usługę była niezwykle uprzejma i miła dopóki nie zapytała skąd pochodzę... wówczas jakby z automatu stawała opryskliwa, a czasami nawet chamska. Na szczęście, kilkukrotnie miałam okazję odmówić usługi takiej osobie i z resztą nie byłam jedyną postawioną w takiej sytuacji. Doskonale także pamiętam klientkę, która podczas przygotowania do usługi zapytała mnie skąd jestem, a w odpowiedzi na nazwę kraju usłyszałam "to pani pewnie nie ma żadnej szkoły tylko te paznokcie"... i nigdy nie zapomnę tej zgaszonej miny kobiety, która reaguje na to, że jestem magistrem inżynierem, z doświadczeniem jako asystent dydaktyczny w szkole wyższej, a paznokcie wykonuję bo po prostu to lubię robić i to moje hobby. No cóż, tacy ludzie i takie sytuacje się niestety zdarzają, a Polacy często "wrzucani są do jednego worka". Trzeba być gruboskórnym i nie przejmować się takimi rzeczami, a przede wszystkim znać swoją wartość. Jeśli nic Cię nie zniechęciło, zamierzasz wyjechać i chcesz wiedzieć jak przygotować się do wyjazdu do Norwegii, co załatwić jeszcze w Polsce i co ze sobą zabrać, zapoznaj się z moim wpisem na ten temat, bo czasem warto mieć chociaż część gotowego planu :) Daj też znać jakie masz doświadczenia w pracy za granicą. A może, któreż z tych podobnych spostrzeżeń masz w stosunku do pracy w kraju? Chętnie poznam Twoją opinię. Pozdrawiam, PRZECZYTAJ TAKŻE:
Państwu Darii i Radosławowi Dalemula zabrano w kwietniu 2019 roku piątkę dzieci. Powodem była jednorazowa interwencja policji, podczas której stwierdzono, że rodzice byli pod wpływem alkoholu. Mimo usilnych starań, dzieci od trzech lat przebywają u rodzin zastępczych. 10 kwietnia 2019 roku w mieszkaniu Darii i Radosława Dalemula doszło do awantury małżeńskiej. W trakcie interwencji policji, podczas badania alkomatem okazało się, że kobieta miała 1,9 promila, natomiast mężczyzna 2,8 promila alkoholu we krwi. W mieszkaniu przebywało również pięcioro dzieci, które tego dnia zostały przekazane do pogotowia opiekuńczego. O całym zdarzeniu poinformowano kuratora sądowego. Matka dzieci została zabrana na konsultację psychiatryczną przez zespół ratownictwa Medycznego. Lekarz stwierdził również ślady siniaków na rękach oraz tułowiu starszej córki Eweliny, co matka tłumaczy tym, że przypadkowo ją uderzyła i nigdy wcześniej nie stosowano przemocy wobec dzieci. Według informacji przekazanych 17 czerwca przez zastępcę komendanta komisariatu w Rydułtowach podkom. Janusza Kubiaka było to jedyne zdarzenie w tej rodzinie, podczas którego musiała interweniować policja. Postępowanie w sądzie trwa już trzy lata Małżeństwo wychowywało wspólnie szóstkę dzieci. Damiana (12 l.), Ewelinę (13 l.), Julię (10 l.), Kacpra (9 l.), Lidię (5 l.) oraz Marcina (15 mies.). 11 kwietnia 2019 roku rodzeństwo zostało rozdzielone: pięcioro najstarszych zostało w trybie zabezpieczenia umieszczonych przez sąd w Wodzisławiu Śląskim w pieczy zastępczej (Ewelina i Damian trafili do jednej rodziny zastępczej, a Julia, Kacper i Lidia do innej). Najstarsza z rodzeństwa Ewelina postanowieniem tegoż sądu została umieszczona w Domu Pomocy Społecznej w Łące w woj. podkarpackim. Od czasu zabrania dzieci, rodzice spotykają się z nimi na terenie PCPR-u w Wodzisławiu. Uczestniczyli również w terapii rodzinnej i ukończyli zajęcia w ramach „Szkoły dla Rodziców” w celu podwyższenia kompetencji wychowawczych. Nigdy też od czasu zdarzenia nie zastano małżeństwa w stanie nietrzeźwości. Według asystenta rodziny, Państwo Dalemula mają systematyczny kontakt z dziećmi przebywającymi w pieczy zastępczej w wyznaczonych terminach oraz interesują się rozwojem i edukacją dzieci. Stwierdzono również, że Daria Dalemula właściwie sprawuje opiekę nad swoim najmłodszym synem, który znajduje się w domu rodzinnym. Według opinii pracownika socjalnego dzieci posiadają w domu rodzinnym własny, odnowiony pokój, a rodzice wyrazili zgodę na współpracę z asystentem rodziny. Od trzech lat przed sądem toczy się postępowanie w sprawie władzy rodzicielskiej Darii i Radosława Dalemula. Z roku na rok sytuacja dzieci jest coraz bardziej dramatyczna. Według relacji matki dzieci, Damian dwukrotnie był przenoszony do innych rodzin zastępczych, odesłany do szpitala psychiatrycznego, a obecnie przebywa w domu dziecka. Najstarsza córka Ewelina od 15 października 2019 r. postanowieniem Sądu Rejonowego w Wodzisławiu Śląskim została umieszczona w Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci Zgromadzenia Sióstr Opatrzności Bożej w Łące, gdzie nadal przebywa. - Od trzech lat walczę o dzieci. Ukończyłam dwie szkoły rodzica, terapię małżeńską, rodzinną, wszystko to, co mi kazano. Przez trzy lata sąd nic nie robi, aby w jakikolwiek sposób nam pomóc. Walczę wraz z adwokatem, a sąd oddala wszystkie nasze wnioski – o zmianę zabezpieczenia, o rozszerzenie kontaktów, o nadzór nad postępowaniem sądowym w tej sprawie. Pisaliśmy do Rzecznika Praw Dziecka, do Ministra Sprawiedliwości. Od trzech lat nikt nie zrobił u nas wywiadu kuratorskiego. Asystent rodziny został nam zabrany, bo w związku z brakiem jakichkolwiek zastrzeżeń dotyczących funkcjonowania rodziny nie widział dalszego sensu chodzenia do nas. Mąż pracuje za granicą. Staramy się więc zapewnić dzieciom to, czego potrzebują. Jesteśmy na wszystkich spotkaniach wyznaczonych przez PCPR. Ostatnio uczestniczyłam też w komunii córki Eweliny – podkreśla matka dzieci. Dzieci nie mogą spędzać czasu w domu rodzinnym Daria Dalemula stara się również, aby dzieci, choć kilka godzin mogły spędzić w rodzinnym domu. - Ciągle staram się urlopować dzieci i dostaję negatywne odpowiedzi. Kieruję wniosek do sądu, ten kieruje nas do PCPR-u, a ci mówią, że mamy zwrócić się do rodziny zastępczej. Od trzech lat jest to samo. Dzieci nie były ani razu w domu. Sąd nie wyraża na to zgody, bo rodzina zastępcza się nie zgadza. Ilekroć pytam o urlopowanie trójki najmłodszych dzieci, choć na kilka godzin, to dostaję odpowiedź odmowną, bo „to zburzy plany rodziny”. Ostatnio usłyszałam od rodziny zastępczej, że jak napiszę pismo do sądu to i tak dostanę tę samą odmowną odpowiedź. Wprost słyszę, że nie zgodzi się na to, aby dzieci spędziły czas w swoim domu. I co ja mam zrobić? – przekazuje Daria Dalemula. Matka zwraca uwagę, że mimo pozytywnych opinii z placówek, spełnienia wszystkich wymogów, dotyczących opieki nad dziećmi, wciąż spotykają się z odmową bez konkretnego uzasadnienia. - Ciągle słyszymy, że nie ma możliwości powrotu dzieci do domu. Mimo tego, że asystent rodziny wskazywał, że warunki bytowe są dobre. Przekazywał opinię do PCPR-u, a mimo to dzieci nie mogą wrócić do domu i PCPR zrzuca winę na asystenta, a asystent mówi, że wszystko opisał prawidłowo. PCPR powinien nam pomóc, pokierować, a nic takiego się nie dzieje. Mam wrażenie, że nie zależy im na tym, aby dzieci trafiały do rodziców. Gdybym była złą matką, gdybym znęcała się nad dziećmi, to one nie chciałyby kontaktu ze mną, a one same go szukają i chcą wrócić do domu. Ja zgadzam się na nadzór kuratora, na sprawdzenie moich warunków bytowych. Wiem, że źle zrobiliśmy, będziemy płacić cenę za swoją głupotę do końca życia, ale chcę, żeby ktoś dał nam szansę i podał rękę. W sądzie zeznawali też świadkowie, którzy potwierdzili, że właściwie zajmujemy się dziećmi. Była pani dyrektor z przedszkola, sąsiedzi, którzy powiedzieli, jak wyglądała moja opieka nad dziećmi do chwili, gdy je od nas zabrano. Dla dobra dzieci sprawa powinna zostać zakończona szybciej Adwokat państwa Dalemula mecenas Jacek Pękalski także zwraca uwagę, że sprawa ciągnie się bardzo długo, a ze względu na dobro dzieci, powinna zostać zakończona jak najszybciej. – Dziwi mnie, że ta sprawa ciągnie się już trzy lata. Biorąc pod uwagę sytuację dzieci i ich dobro jest to zdecydowanie za długi okres pozostawienia ich w niepewności i sytuacji tymczasowej. W tej sprawie od trzech lat obowiązuje jedynie postanowienie o zabezpieczeniu. W lipcu 2020 roku Państwo Dalemula złożyli do Sądu wniosek o przeprowadzenie badania dotyczącego ich kompetencji wychowawczych przez Opiniodawczy Zespół Specjalistów Sądowych w Raciborzu, jednak opinia została przesłana do Sądu dopiero w maju 2022 roku. Dopuszczone w toku postępowania dwie opinie psychologiczne nie uwzględniały dokumentacji przedłożonych w lutym 2020 roku w sądzie przez Państwo Dalemula niemniej, z jednej z nich wynikało, że dzieci tęsknią za rodzicami i są z nimi silnie emocjonalnie związane. Państwo Dalemula bardzo żałują tej sytuacji z 10 kwietnia 2019 roku. Dostrzegają naganność swojego postępowania. Nie są jednak rodziną patologiczną. Było to jednostkowe zachowanie, które nie powinno skutkować odebraniem im dzieci. Do tego incydentu nikt nie zgłaszał wobec Państwa Dalemula uwag dotyczących sprawowania przez nich władzy rodzicielskiej. Nie było w ich mieszkaniu interwencji policji, nie było uwag z placówek w których przebywały dzieci świadczących o tym, że dzieci były pod złą opieką lub były zaniedbane. Nie toczyło się też żadne sądowe postępowanie opiekuńcze dotyczące dzieci Państwa Dalemula - przekazuje prawnik.. Mecenas Pękalski uważa, że sąd nie dość wnikliwie ocenia zachowanie rodziców dzieci zarówno przed zdarzeniem z 10 kwietnia 2019 roku jak i po nim oraz ich starania o odzyskanie dzieci. - Wydaje się, że sąd zbyt mało uwagi poświęca postawie rodziców, którzy przez całe postępowanie aktywnie starają się o powrót dzieci do domu. Uważam, że ta sprawa powinna czym prędzej zostać wyjaśniona i zakończona. Trzyletnie odseparowanie tak małych dzieci od rodziców biologicznych bardzo negatywnie wpływa na wzajemne relacje pomiędzy nimi. Podczas pandemii COVID-19 rodziny zastępcze nie godziły się na spotkania i bezpośredni kontakt dzieci z rodzicami, utrudniały nawet spotkania w formie online, co jednak nie przeszkadzało im w odwiedzaniu razem z dziećmi swoich znajomych. Dzieci coraz bardziej są odseparowane od rodziców a mimo to, nawet w nierzetelnie sporządzonej przez OZSS opinii, w której racje z góry przyznaje się rodzicom zastępczym, PCPR oraz siostrom zakonnym w DPS w Łące dyskredytując jednocześnie każdą wypowiedź rodziców biologicznych, wskazano, że dzieci chcą wrócić do rodziców biologicznych i czują się z nimi związane. Uważam, że w toku tak długiego postępowania sądowego było wiele możliwości, by pod nadzorem kuratora sądowego i asystenta rodziny umożliwić rodzicom częstszy kontakt z dziećmi w miejscu zamieszkania. W sytuacji, gdy tak małe dzieci są zabierane rodzicom, dla dobra dzieci powinno się szybciej rozstrzygać takie sprawy. Pierwszy raz spotykam się z tym, że sprawa tego rodzaju trwa tak długo - przekazuje prawnik.. Próbowaliśmy skontaktować się z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej w Wodzisławiu, jednak ten nie udziela żadnej odpowiedzi. Sąd Rejonowy w Wodzisławiu Śląskim także nie odpowiedział na nasze pytania i skierował je do sądu okręgowego. W dalszym ciągu czekamy na odpowiedzi.
nie wiem nie znam się